tancerka, choreograf, nauczycielka tańca, podróżniczka, miłośniczka filozofii starożytnych Indii
czwartek, 29 stycznia 2026
Szkielet
Rabindranath Tagore… Naprawdę lubię jego opowiadania, jego sposób patrzenia na świat, na ludzi… Teraz czytam Głodne kamienie, i jest tam opowiadanie Szkielet, które mnie zatrzymało. Chcę o nim napisać, ale nie w stylu wypracowania – po prostu tak, jak mi się myśli i czuje, kiedy czytam…
Czytając „Szkielet” można się najpierw uśmiechnąć.
To opowieść trochę absurdalna, trochę ironiczna — taka, która z pozoru wydaje się lekka, a potem zostaje w środku na dłużej.
Cała opowieść ma formę wspomnienia. Narrator wraca myślą do dzieciństwa, do pokoju, w którym na ścianie wisiał ludzki szkielet , wykorzystywany do nauki przyszłych lekarzy. Po latach, kiedy znów został zmuszony okolicznościami do spania w swoim dawnym pokoju, spotyka nocą zjawę kobiety, do której ten szkielet należał. To ona zaczyna mówić. I to ona opowiada swoją historię.
Była mężatką, lecz po dwóch latach jej mąż umarł. Teściowie odesłali ją z powrotem do domu rodzinnego ( akcja rozgrywa się w Indiach ). Tam żyła właściwie sama — bez bliskiego kontaktu z innymi kobietami, bez świata towarzyskiego. Jedyną naprawdę bliską osobą był brat: wycofany, niechętny małżeństwu, wymagający stałej opieki lekarskiej. Jedynym mężczyzną, z którym kobieta miała regularny kontakt, był lekarz leczący jej brata. To w nim ulokowała całą swoją fantazję o miłości.
Kiedy dowiedziała się, że lekarz zamierza się ożenić z inną kobietą, otruła go winem, a potem sama przyjęła truciznę. Wyobrażała sobie, że umrze piękna — z purpurowymi ustami, z uśmiechem, który zostanie na zawsze. Tymczasem obudził ją szelest. Dźwięk własnych kości. Jej ciało stało się obiektem do nauki anatomii, materiałem, na którym studenci poznawali ludzką budowę.
I teraz to co mnie poruszyło 😀..
Za tą historią stoi kobieta, która przez całe swoje życie była bardzo skupiona na sobie: na swoim ciele, swojej urodzie, swoich uczuciach — prawdziwych lub wyobrażonych. Najpierw fantazjowała, że cały świat ją podziwia, że wszyscy mężczyźni są w niej zakochani. Później ten wyobrażony zachwyt skupił się na jednej osobie. Zaczęła patrzeć na siebie oczami doktora — nawet jeśli nigdy nie miała pewności, czy on w ogóle cokolwiek do niej czuł.
Żyła w świecie, w którym piękno wydawało się czymś trwałym. Wracała do swojego odbicia, nosiła przy sobie lusterko, wieczorami wychodziła do ogrodu, by podziwiać siebie. Patrzyła na swoje ciało najpierw własnymi oczami, a potem jakby podwójnie — przez wyobrażone spojrzenie mężczyzny. Cała jej uwaga była skupiona na formie. Nawet uczucie do doktora mogło być tylko kolejnym odbiciem tej koncentracji — fantazją, która narodziła się z samotności i długiego wpatrywania się w samą siebie.
Kiedy więc zasypiała po przyjęciu trucizny, była przekonana, że wszystko zatrzyma się w jednym obrazie: w pięknie, w uśmiechu, w poczuciu bycia podziwianą. Myślała, że świat zapamięta ją taką, jaką widziała siebie sama — młodą, olśniewającą, godną wiecznego zachwytu.
A tymczasem dla niej samej minęła tylko chwila. Zasnęła i obudziła się. A to, co miało trwać na zawsze, zniknęło bez śladu. Zostały tylko kości — anonimowy szkielet, przedmiot nauki..
Ta opowieść w cichy, ironiczny sposób pokazuje, jak złudne bywa przywiązanie do formy. Jak łatwo uwierzyć, że piękno i obraz siebie są trwałe, podczas gdy dla czasu są tylko chwilowym układem materii. To, co miało być wiecznością, okazało się krótkim mgnieniem , dosłownie błyskiem pomiędzy zaśnięciem a przebudzeniem.
Bo piękno przemija zawsze.
Pytanie tylko, czy razem z nim przemija wszystko…
Była też kiedyś taka historia, którą pamiętam z książek Bhaktivedanty Swamiego Prabhupady – chyba z Prawda i Piękno. Historia o pięknie, które jest płynne.
Opowiadała o kobiecie bardzo świadomej. Świadomej ciała, jego przemijalności, jego natury. Mężczyzna zabiegał o nią natrętnie, zachwycony jej urodą. Jakby była tylko tym ciałem.
Zmęczona jego zalotami, postanowiła mu coś pokazać.
Zaczęła gromadzić to, z czego to „piękno” tak naprawdę się składa – odchody, wymioty, wszystko to, co ciało produkuje i czego się nie widzi. Chowała je w naczyniach. A kiedy bardzo schudła, kiedy uroda odeszła, kiedy ciało przestało spełniać oczekiwania spojrzeń, mężczyzna zapytał z wyrzutem:
— Gdzie się podziało twoje piękno?
Wtedy odpowiedziała spokojnie:
— Zaraz ci pokażę.
Przyniosła pojemniki. Otworzyła je.
— To jest moje piękno — powiedziała.
Bhagavad Gita mówi jasno: ciało jest nietrwałe. Prabhupada powtarzał, że dostajemy je tylko na chwilę — mamy je, a potem już go nie mamy. Jest narzędziem, pojazdem, świątynią, o którą należy dbać. Ale nie jest nami.
Jednego dnia budzimy się w pięknym ciele, drugiego dnia zostaje po nim szkielet, który służy do nauki studentom medycyny.
I może właśnie o to chodzi, żeby pamiętać.
Dbać.
Cieszyć się formą.
Ale nie zapominać, że prawda o nas jest głębiej niż skóra, głębiej niż kształt, głębiej niż to, co przemija.
Bhagavad-gītā 2.27:
jātasya hi dhruvo mṛtyur
dhruvaṁ janma mṛtasya ca
„Dla tego, kto się narodził, śmierć jest pewna,
a dla tego, kto umarł, narodziny są pewne. „
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz